Link
05.08.2010 :: 18:39
Komentuj (0)
Ha! Wyprawa w toku.. po ciekawych perypetiach i przylaczeniu sie przypadkiem do wycieczki Towarzystwa Milosnikow Lwowa, dotarlismy do miasta... po drodze wysluchalismy niesamowitych opowiesci rdzennych Lwowiakow sprzed wojny, jak to kiedys wygladalo zycie w miescie.. tak wiec zaczelismy cala przygode z dobrym przygotowaniem historycznym!
początek podróży
pociag do Lwowa
niestety przez kolejke na granicy wszystko sie przeciagnelo, wiec do centrum dotarlismy grubo po 21wszej lokalnego czasu.. co jednak okazalo sie naszym zbawieniem, poniewaz spotkalismy niejaka pania Zofie, nagabujaca polskich globtrotterow siedzacych z plecakami przy fontannie. Nie byli zainteresowani wynajeciem pokoju przy samym rynku (!) bo jechali wlasnie do Rumunii (notabene!). Tak to wiec znalezlismy sie w uroczym pokoiku na poddaszu w samym centrum miasta!
Kamienica w ktorej mieszkalismy ma kilkaset lat, wiec duzo w niej bylo reminiscencji dawnych czasow :
Nastepnego dnia zaczelo sie wloczenie po niekonczacych sie uliczkach:
(na zdjeciu pan, ktory liczy sobie 101 lat(!) grajacy dla nas 'Tylko we Lwowie' (!)
Lwowska opera od srodka:
c.d.n.
Link
06.08.2010 :: 01:00
Komentuj (0)
kolejny piękny dzień we Lwowie..
mozaiki są wszędzie
cmentarz Orląt Lwowskich
marszrutka
ciekawy oldskulowy plakacik
więcej marszrutek
widok z wieży
konik!
dworzec we Lwowie
Link
08.08.2010 :: 16:12
Komentuj (1)
Podroz ze Lwowa byla dosc ciekawa, w ukrainskich wagonach sypialnych.. spotkani ludzie byli przyjazni, i okazalo sie, ze ukrainski jest na tyle podobnym jezykiem, ze mozna sie dogadac bez podpierania sie rosyjskim (no, moze niezupelnie, ale prawie:)
Wizyte zaczelismy od wesolego cmentarza w Sapancie, gdzie kupilem sobie gustowny kapelusz..
Po czterech odcinkach specjalnych (autostop z francuskimi obiezyswiatami, busik Sygiet-Baia Mare, autobus do Kluzu i pociag do Sighisoary) wyladowalismy w nocy w czarodziejskim miasteczku.. mimo niesprzyjajacej aury wdrapalismy sie na pobliska gore i rozbilismy na dziko namiot.
Rano z namiotu przywital nas malowniczy widoczek :
Potem zaczelo sie wloczenie kolorowymi uliczkami.
..i dzien zakonczyl sie rumunskim pifkiem na rynku (Ciuc i Ursus).
(Ciuc rzadzi)
Generalnie nasunely sie nam niniejsze spostrzezenia : stereotyp Rumunii sprzed 20-30 lat ma sie NIJAK do biezacej rzeczywistosci. Ulice sa czyste i zadbane, wszystko kolorowe i ukwiecone, ludzie mili, nie gryza i sa przyjazni. Ceny jak w Polsce (piwo ciut tansze, co nam sie bardzo podoba:)
Kuchnia rumunska jest mega smaczna, ciorba i gulasz to wypas i polecamy kazdemu!
Jutro Brasov i kolejne przygody.
c.d.n.
Link
17.08.2010 :: 08:07
Komentuj (0)
Sighisoara pokazala nam na koniec swoje bardzo ciekawe, burzowe oblicze :-)
po czym wyruszylismy w podroz stopem do Braszowa..
przyjazny kierowca tira zabrał nas z wylotówki i po dwóch godzinach byliśmy już u celu.
Braszów:
Z Braszowa po dłuższej i trudnej debacie decyzyjnej;-) pojechaliśmy wieczornym pociągiem do Sinaia.. po drodze dowiedzieliśmy się empirycznie, że pogłoski o magiczności Rumunii są zupełnie prawdziwe. Pociąg się zatrzymał w Busteni, i nie chciał jechać dalej.. po ponad godzinnym nieplanowanym postoju wyczytaliśmy w przewodniku, że Busteni jest najlepszą bazą wypadową w góry Bucegi. No i wio.. wysiadka, i zaczynamy szukanie noclegu. Po 30tu minutach znaleźliśmy się w czarodziejskim pensjonacie, gdzie spędziliśmy relaksującą noc (przy okazji zostałem okrzyczany przez tubylców, że mam kupić sobie górskie buty, bo trzeba mieć respekt do gór:). Oczywiście dostaliśmy też mnóstwo dobrych rad, no i konkretne bekonowe śniadanie :-) Po tej mini-przygodzie rozpoczęliśmy wędrówkę :
..do pokonania mieliśmy 1100m w pionie.. lekki hardkorek, ale daliśmy radę.
Po wspinaczce po skałach (ok 45-60 stopni nachylenia) dotarliśmy do schroniska (nie ma to jak dobra chińska zupka na pokrzepienie)
Reszta (2.5h) trasy to już płaskowyż, więc też bardziej zrelaksowane tempo
uowiecki.. duzo uowiecek..
Schronisko Omu, najwyżej położona baza dla turystów w Rumunii.
Wracając następnego dnia, mijaliśmy malowniczą dolinę Muminków.. niestety nie mieliśmy czasu zejść i się przywitać, więc pomachaliśmy tylko z daleka Włóczykijowi grającemu na harmonijce ;>
górska woda zdrowia doda!
Darowaliśmy sobie zejście z powrotem po stromiźnie (z plecakami jest trudniej, niż pod górę), i zjechaliśmy kolejką
..po czym przeszliśmy się obczaić Sinaia i drakulowatą architekturę miasta..
Link
18.08.2010 :: 15:20
Komentuj (2)
Po zwiedzeniu Sinaia, lekko zmarnowani fizycznie, poszliśmy na wylotówkę łapać stopa. Pani z przydrożnego kiosku wyszła nas zapewnić, że tu nie mamy szans nikogo zatrzymać, i że mamy sobie iść, gdy zatrzymał się nam miły pan Enache Konstantinos.
Rozmowa na początku rozkręcała się ciężko, bo nie znaliśmy rumuńskiego, ale rozmawialiśmy non-stop przez ponad dwie godziny :-) W ruch poszły słowa z wszystkich języków świata (łącznie z migowym) i szybko się zaprzyjaźniliśmy.. do tego stopnia, że pan Enache pokazał nam cały Bukareszt, do którego dojechaliśmy już w nocy, i zawiózł nas na stację kolejową pomagając nam kupić bilet. Odzyskałem wiarę w ludzką życzliwość :-)
Bukareszt nocą:
Po podróży nocnym pociągiem wylądowaliśmy o piątej rano w Konstancy, starym porcie czarnomorskim. Zaraz po opuszczeniu budynku dworca i opędzeniu się od pań oferujących pokoje ('cazare, cazare!') i panów taksówkarzy chcących nas zawieźć gdziekolwiek dusza zapragnie (za odpowiednią cenę oczywiście), powędrowaliśmy przez centrum na plażę i wskoczyliśmy do morza!
(i zjedliśmy kanapki z tutejszym pasztetem, mniam;-)
Pobłądziliśmy jeszcze trochę po mieście i wsiedliśmy do busa do Tulczy (w sumie dość spontaniczna decyzja, bo nie wiedzieliśmy gdzie pojechać.. inną opcją było też starożytne miasto Histria, ale to chyba zostawimy na kolejną wycieczkę)
Tulcza (po środku mapy) jest bazą wypadową na całą deltę Dunaju. Rzeka rozgałęzia się na trzy odnogi (tudzież ramiona (?)), my popłynęliśmy tą środkową, Suliną.
W oczekiwaniu na prom postanowiłem chwilowo stać się farmerem :>
Podróż wodolotem przez Sulinę
Tak to właśnie wylądowaliśmy na plaży i dzikim campingu.. poranek wyglądał czadowo
Podczas kilkudniowego pobytu spotkaliśmy ciekawych ludzi i zobaczylismy fajne miejscówki.. oczywiście nie zabrakło cygańskiej orkiestry dętej.
Trzeciego dnia zaczepiliśmy miejscowego watażkę rzecznego i kupiliśmy sobie godzinną wycieczkę w poszukiwaniu Pelikanów..
Stara opuszczona latarnia morska
Mapka podróży.. na żółto auto-stop, niebiesko pociąg, zielono autobus, czerwono trasa piesza.. (coś jakby pomarańczowy jako prom)
Droga powrotna do Tulczy, tym razem statkiem pasażerskim - 4h podróży (wodolot 1,5h)
Targowisko - Tulcza
Z Tulczy złapaliśmy autobus do Gałacza (Galati) i przekroczyliśmy Dunaj.. chcieliśmy jakoś dostać się do Suczawy, np stopem, ale okazało się, że ze stacji kolejowej jeździ nocny pociąg na północ.
Poranna Suczawa i monastyry z malowidłami na wewnętrznych ścianach.. w środku odbywała się msza, niesamowity klimat! Zapach kadzideł i monotonne śpiewy, półmrok i mało ludzi.. wow (weszliśmy tylko na chwilę zobaczyć).
Dom Polski w Suczawie
Tradycyjne jedzonko - mamałyga (kaszka ukryta pod jajkiem)
W busiku do granicy Ukraińskiej
..c.d.n
Link
28.08.2010 :: 18:18
Komentuj (0)
na koniec jeszcze kilka fotek z drogi powrotnej... (drogi mlecznej to be exact;)
po przekroczeniu granicy Ukraińskiej (jadąc na stopa z gościem, który wyglądał jak 'dobry mafioso') zabraliśmy do auta Janka i Rafała, wracających z Gruzji po miesięcznej tułaczce. Wylądowaliśmy w Czerniowcach, miejscowości z ciekawą historią i wieloma wpływami kulturowymi.. (na początku myślałem, że były kiedyś polskie, bo na dworcu były żeliwne słupy z napisem 'wyprodukowano w Krakowie', czy coś w tym stylu). Po kupieniu biletu na nocny pociąg do Lwowa zabraliśmy się za penetrowanie zakamarków miasta:
w miejscowym antykwariacie wystawione było polskie godło, za jedyne 420 dolców:-)
lokomotywka
ekipa w komplecie na dworcu w Czerniowcach
Rano dotarliśmy do Lwowa i postanowiliśmy pochodzić jeszcze kilka godzin po starówce, więc nabierało się jeszcze więcej fotek tego, co tu dużo gadać, magicznego miasta:
po czym wsiedliśmy w marszrutkę do granicy (przejście w Medyce), przeszliśmy ją na piechotę (10minut i zrobione, bezkolejkowo).. potem już tylko minibusik do Przemyśla i wio pociągiem do Kraka!
Tak więc zakończyła się mega-wyprawa.. sporo zostało zwiedzone, ale i sporo zostało jeszcze do zwiedzenia!
;-) Definitywnie Ukraina i Rumunia mają mnóstwo zajebistych klimatów do zaoferowania, plus magiczne przeżycia, spotkania z interesującymi ludźmi i czarodziejskie miejsca... ale uwaga : nie znajdziesz tego w wakacjach typu 'all inclusive' lub 'VIP Romania tour' ;-)